środa, 8 kwietnia 2015

Powrót do domu 2015

W końcu wracamy. Cieszę się, ale też żal mi, zwłaszcza, że z kraju dochodzą nas wieści o śniegu i wietrze, a tu cieplutko i już letnio. Andrzej pakował samochód od popołudnia do 2 w nocy. Samochód mamy zapakowany pod dach, nie wiem skąd się wzięło tyle rzeczy? No dobrze, z domów w Polsce zabraliśmy pościel, niektóre rzeczy z kuchni, książki, ubrania. Już wtedy było tego dużo, ale nie pod dach!

 Tu kupiliśmy trochę oliwy dla nas i znajomych, parę butelek wina, zrobiłam trochę dżemów z kumkwatów i gorzkich pomarańczy, ze dwie butelki nalewek, kupiliśmy trochę książek i efekt był taki, że w wynajmowanym domu musiałam zostawić dwa małe drzewka cytrusowe (limkwat i "rękę Buddy"- citrus medica) bo musiałabym je przez 3000 km trzymać na kolanach.

Pierwszy etap to 570 km z San Pedro de Alcantara do Alarcon (La Mancha). Po drodze mijamy Granadę i piętrzące się nad nią Sierra Nevada z ośnieżonymi szczytami ( zgodnie z nazwą gór).
W Alarcon śpimy w Paradorze "Marques de Villena". Parador jest mały, tylko 14 pokoi. Mieści się w malowniczej twierdzy, jej początki siegają 1300 lat wstecz. Początkowo był twierdzą arabską, w czasach rekonkwisty zburzony i ponownie odbudowany. Położony na wzniesieniu Pico de los Hidalgos w meandrze rzeki Jucar. Hotel góruje nad średniowiecznym miasteczkiem, które dziś liczy sobie 150-ciu mieszkańców. Domy są niewysokie zbudowane z beżowego kamienia (piaskowiec?), niektóre biało otynkowane. W miasteczku są dwa hotele, sześć restauracji i barów, dwa kościoły. Przyjechaliśmy tu późnym popołudniem, ciągle było bardzo ciepło (po drodze przez La Manchę termometr w samochodzie wskazywał 32 stC). Najpierw minęliśmy wieżę stojącą na straży miasteczka i będącą pozostałością murów zewnętrznych. Do Paradoru wjechaliśmy przez piękną bramę w murach miejskich. To co uderzyło nas wczoraj i dziś podczas porannego spaceru to cisza. Na ryneczku miasta słychać było tylko jaskółki i szpaki. Te ostatnie czekają pewnie na owoce dojrzewające w pobliskich sadach.





Jadąc przez La Manchę podziwiałam wielkie połacie czerwonej ziemi obsadzone winoroślą. Krzewy pięknie przycięte, formowane i prowadzone tworzą swymi czarnymi, węźlastymi pniami kapitalny kontrast z barwą ziemi. Mijaliśmy wiecznie zielone gaje oliwne, kwitnące sady owocowe (brzoskwiniowe, morelowe i czereśniowe). W końcu z autostrady zjechaliśmy w boczną drogę aby dojechać do Alarcon. Po obu stronach drogi rosły krzewy rozmarynu. Kwitnie teraz i nad krzewami unoszą się roje pszczół.



W Paradorze zjedliśmy kolację, bo jak wcześniej pisałam najczęściej mają bardzo dobrą kuchnię. Dodatkowo w ofercie są zawsze dania i wina regionalne. Do kolacji zamówiliśmy czerwone wino z winnic położonych w dolinie rzeki Jucar, tej nad którą zbudowano twierdzę. La Mancha produkuje ogromne ilości wina, ale ilość przez wiele lat nie miała nic wspólnego z jakością. Od paru lat to się zmienia. Można tu teraz znaleźć doskonałe wina w bardzo umiarkowanych cenach. My piliśmy stuprocentowe tempranillo, to najważniejszy czerwony szczep winny w Hiszpanii. Było doskonałe i bardzo pasowało do zamówionego jedzenia (duszona łopatka jagnięca).
Oprócz tempranillo uprawia się także garnacha, monastrell, graciano i syrah a z białych szczepów winnych typowo hiszpańskie verdejo i arien, które jest szczepem endemicznym dla La Manchy.
Rano po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Droga wiedzie do Paradoru w Tortosie (Katalonia). Ciągle jest słonecznie i ciepło, ale temperatura już niższa, bo 23stC. Dziś śpimy w dużym paradorze Sud Castel of Tortosa. Zbudowano go na ruinach X wiecznego zamku arabskiego. Przy jego budowie odkryto nagrobki arabskie z inskrypcjami. Mury są nadal w świetnym stanie. Jutro zwiedzimy katedrę której budowa trwała 200lat.

1 komentarz:

  1. Pieknie opowiadasz :) czuję, jakbym jechała z Wami :)

    OdpowiedzUsuń